Specjalnie dla Was, przygotowaliśmy relację z rejsu po Wyspach Zielonego Przylądka. Miejsca pięknego, o niepowtarzalnych walorach przyrodniczych, a zarazem jednego z najmniej dotkniętych cywilizacją miejsc na ziemi. Z racji obszerności i dokładności naszych opisów, przewodnik ten będzie podzielony na kilka części. Zapraszamy Was do śledzenia tej serii!
Cabo Verde to archipelag kilkunastu wysp i wysepek położony na Oceanie Atlantyckim, około 350 mil morskich na zachód od wybrzeży Senegalu i 800 mil morskich na południe od Wysp Kanaryjskich. Archipelag składa się z 10 wysp, z czego 9 jest zamieszkałych. W zgodnej opinii wielu przewodników jedno z ostatnich miejsc na ziemi, gdzie cywilizacja w złowrogim pojęciu tego słowa nie dotarła. Wyspy dzikie, żyjące swoim powolnym życiem, oddzielone od reszty świata wielkimi masami słonej wody. Miejsce gdzie nie znajdziemy plaż zabudowanych szczelnie wieżowcami i hotelami i gdzie nie będziemy walczyć o swoje miejsce nad wodą wśród tłumu turystów. Ale też wyspy suche, wulkaniczne i pustynne, gdzie próżno szukać bujnej tropikalnej roślinności. Ta była portugalska kolonia (obecnie Republika Wysp Zielonego Przylądka to niepodległe państwo) jawiła nam się jako pewnego rodzaju raj na ziemi, ale też i spora zagadka.
Z żeglarskiego punktu widzenia
Żeglarsko rejs po wyspach również nastręczał sporo wyzwań – w końcu to pełen ocean, przez niemalże cały rok wieją tu silne wiatry pasatowe (około 20 węzłów wiatru z niezmiennego kierunku), a odległości między wyspami są dość duże. Pojawił się więc dylemat – na ile dużo chcemy żeglować, a na ile odpocząć, czy zwiedzać maksymalnie dużo wysp, czy zobaczyć tylko kilka, ale zostać na nich dłużej. Postanowiliśmy iść na całość, zwiedzać „na maxa” i zobaczyć ile się tylko da, nawet jeśli oznaczało to bardzo intensywne żeglowanie. Mieliśmy na naszą wyprawę 10 dni, wszystkich wysp nie dało się siłą rzeczy zobaczyć. Zdecydowaliśmy się więc na trasę:
Sao Vicente – Sao Nicolau – Boa Vista – Santiago – Fogo – Brava – Sao Antao – Sao Vicente.
Postanowiliśmy ominąć wyspę Sal z premedytacją jako najbardziej skomercjalizowaną i wyspę Maio z żalem, bo po prostu zabrakło na nią czasu.
Nasz rejs zaczęliśmy w marcu 2014 roku, przylatując do Mindelo, drugiego największego miasta archipelagu, a największego miasta wyspy Sao Vicente. Z Europy dostać się tam jest dość łatwo, codziennie kilka połączeń realizuje krajowy przewoźnik TACV, kilka kolejnych dokłada portugalski TAP. Loty są na Santiao, Sal i Sao Vicente (połączeń między tymi wyspami jest kilka dziennie, kosztują grosze i trwają kilkadziesiąt minut), a z Europy można wylecieć z Lizbony, Paryża, Amsterdamu.
SAO VICENTE

Już samo lądowanie samolotu na lotnisku na Sao Vicente jest ciekawym przeżyciem. Samolot zniża się do lądowania tuż nad wodą, a pas startowy zaczyna się metr za plażą. Dookoła dziko, nie ma ludzi, nie ma domów, same pagórki i skały. Po wyjściu na zewnątrz – niespodzianka. Spodziewaliśmy się upału, a jest przyjemnie ciepło, powietrze skutecznie ochładza dość mocny wiatr. Na lotnisku odprawa paszportowa – trzeba zdobyć wizę. Odbywa się to bardzo sprawnie i bezboleśnie. W okienku w jedną stronę wędruje stosowna opłata (40 EUR), w drugą przybita zostaje w paszport stosowna pieczątka i po sprawie. Z lotniska do centrum Mindelo jest raptem kilka kilometrów, bierzemy więc taksówkę, uprzednio targując cenę w dół o 1/3, do 800 Escudos (około 8 EUR). I tak mamy wrażenie, że przepłaciliśmy. Taksówkarz nie mówi po angielsku, ale rozumie nazwy własne, jest też biegły w języku migowym, więc na miejsce dojeżdżamy bez przeszkód.
Mindelo
Mindelo na pierwszy rzut oka nie porywa. Sympatyczne, ale dość zniszczone kamieniczki w stylu kolonialnym, trochę zwykłych baraków z pustaków i blachy falistej. Dookoła żadnej białej twarzy, a czerń skóry tutejszych mieszkańców… cóż, trudno o bardziej czarną. Jesteśmy dzień przed wszystkimi i dzień przed oficjalnym rozpoczęciem rejsu, więc kierujemy się do hotelu – rezerwowaliśmy dwa tygodnie wcześniej przez booking.com. Po zakwaterowaniu wyruszamy na zwiedzanie – idziemy do mariny, zobaczyć czy nasz jacht stoi (stoi). Spacerujemy po mieście. Odkrywamy jego dwie natury i dwie części – część nową, gdzie dotarły bloki i brzydkie hotele (plaża mimo to praktycznie pusta) i część autentyczną, autochtoniczną – z urokliwymi kolonialnymi kamieniczkami, ruchliwym targiem, ulicami zapełnionymi ludźmi. Ludźmi, którzy donikąd się nie śpieszą ani nigdzie nie idą – po prostu tak spędzają dzień – na ulicy, na rozmowach z przyjaciółmi. Wieczór w tym mieście wprost odurza, noc jest ciepła, bogata w zapachy i dźwięki, miasto żyje. Zewsząd dobiega muzyka, gwar rozmów, śmiech bawiących się ludzi. Dopiero wieczorem doceniliśmy i odkryliśmy prawdziwe Mindelo, a jest to wspomnienie, do którego zawsze chętnie wracam.

Początek
Nasz rejs zaczyna się w sobotę, powoli zjeżdżają się załoganci. Łącznie będzie nas 8 osób – idealnie, bo katamaran też ma 4 dwuosobowe kajuty. Jeszcze przed rejsem udajemy się na wycieczkę ALUGUEREM (najbardziej popularny środek transportu na Cabo, pick-up z ławeczkami zamontowanymi „na pace”) po wyspie. Jeszcze tego nie wiemy, ale na praktycznie każdej z wysp aluguery właśnie będą naszym najlepszym środkiem transportu. W tym miejscu dygresja – większość kierowców aluguerów nie mówi po angielsku, ale zawsze znajdzie się chętny pomocnik, który łamaną angielszczyzną będzie tłumaczyć. My mamy to szczęście, że podczas rejsu pływa z nami Joao (Portugalczyk, uczestnik rejsu), który dogaduje się z miejscowymi po portugalsku. Tak czy inaczej, ZAWSZE trzeba dogadać dokładną cenę przed wycieczką, ZAWSZE trzeba ustalić dokładne miejsca w które nas aluguer zawiezie i ZAWSZE trzeba negocjować (przynajmniej o połowę).
Na Sao Vicente wjeżdżamy na punkt widokowy (znacząco chłodniej, słaba widoczność), zwiedzamy okoliczny spot windsurfingowy (przepiękna, totalnie pusta plaża) i kilka mniejszych wiosek, w tym Salamansę (to miejsca, gdzie życie toczy się 10 razy leniwiej niż w takiej Grecji). Taka wycieczka to niby nic specjalnego, ale na pewno warto – żeby poznać wyspę, jej suchy i surowy krajobraz i jej autentycznych mieszkańców.

Czas się zaokrętować!
Po wycieczce można się zaokrętować – naszym domem przez następne 10 dni będzie 44-stopowy katamaran „Mahanga”, z serio Voyage 440. W porcie zdecydowanie jacht największy i robiący wrażenie. Sama marina – jedyna na Wyspach Zielonego Przylądka – jest bardzo ładna, chociaż minimalistyczna. Charakterystyczny jest bardzo duży rozkołys w porcie, który sprawia, że chodzenie po pływających pomostach jest dość ciekawe, a wejście na sam jacht (zacumowany w sporej odległości od kei) – jeszcze ciekawsze. Z innych wartych odnotowania rzeczy, w marinie znajduje się pływający bar. Serwują tam przekąski i – co ważniejsze – drinki. Te ostatnie (Caprinha!) są prawdziwym hitem, szczególnie, że od 17 do 18 dzwon oznajmia rozpoczęcie Happy Hour, podczas której kosztują one w przeliczeniu na nasze około 5 złotych. Żyć nie umierać.
Tym pozytywnym akcentem kończymy pierwszą część naszego przewodnika żeglarskiego po Wyspach Zielonego Przylądka. Dajcie znać jak podobała Wam się taka forma wpisu i czy powinniśmy przygotowywać więcej tego typu artykułów.
Następną część naszego poradnika znajdziecie tutaj.
Dodaj komentarz