W trzeciej, ostatniej już części naszego poradnika żeglarskiego o Wyspach Zielonego Przylądka, opowiemy Wam o trzech ostatnich wyspach archipelagu: Fogo, Brava oraz Sao Antao. Jeżeli nie mieliście okazji przeczytać poprzedniej części poradnika, to znajdziecie ją TUTAJ. Miłej lektury!
FOGO

Na Fogo mamy nieco ponad 50 mil morskich z wiatrem. Wypływamy na noc, dopływamy tam z samego rana. Płyniemy z falą, 6 węzłów na samym foku, jest bardzo przyjemnie – tym bardziej że spowita w mgły wyspa Fogo dostarcza o świcie niesamowitych widoków. Cumujemy w Vale de los Cavaleros, jedynym „porcie” wyspy, kilka kilometrów na północ od jej stolicy, Sao Felipe. Port jest bardzo dobrze osłonięty, ale raczej przemysłowy – przy czym oznacza to cumujący tu do nabrzeża jeden duży statek. My rzucamy kotwicę, a długą cumę pomaga nam do lądu przywiązać lokalny murzyn (jak zawsze musimy mu dać trochę pieniędzy za jego „usługę”). Na lądzie od razu obskakują nas lokalni nagabywacze, proponujący różnego typu deale wiązane (wycieczka + pilnowanie pontonu + pilnowanie jachtu). Dodatkowo w portowym oddziale policji trzeba załatwić jakieś formalności i uiścić opłatę (chyba za postój).
Po dogadaniu ceny wycieczki wyjeżdżamy na całodniowe zwiedzanie – pierwszy stop to Sao Felipe. Miasteczko jest bardzo urokliwe, typowo kolonialne, z pięknymi kamienicami i pięknymi uliczkami. Co uderza – wszędzie pusto, ale może to kwestia pory dnia.
Po krótkim spacerze po mieście wsiadamy z powrotem do naszego busika (tak, tu też zwiedzamy busikiem) i zaczynamy wspinać się na górę, na wulkan. Droga naprawdę jest stroma i pokonujemy sporą różnicę wysokości. W miarę upływu czasu krajobraz zaczyna się zmieniać, dominują ogromne czarno-szare pola zastygłej lawy. Co jakiś czas widzimy jeden ze słynnych „domków z lawy” – czyli małych okrągłych chatek zbudowanych z zastygłej lawy właśnie.
Wulkan na Fogo jest czynny, a ostatnia erupcja miała miejsce na kilka miesięcy przed naszym przyjazdem – doświadczamy tego w momencie, kiedy brukowana droga kończy się nagle około 2-metrowej wysokości murem z zastygłego języka lawy. Wygląda to niesamowicie.

Stajemy i wysiadamy przespacerować się po gorącym jeszcze zboczu góry, niestety nie da się dojść na szczyt – żwir staje się zbyt gorący, jest też niebezpieczeństwo kolejnych erupcji. Wracamy więc do busa i omijając przeszkodę z zastygłej lawy jedziemy „na dziko” wzdłuż krawędzi języka. Droga jest niesamowita, a widoki czysto księżycowe. Dojeżdżamy do miejsca, skąd już na piechotę idziemy do wioski zalanej przez lawę ledwie kilka miesięcy wcześniej. Widoki nie do opisania. Ciekawostką jest fakt, że do wioski zaczynają już wracać ludzie, którzy odkuwają swoje domy z zalegającej lawy i budują nowe. Ich determinacja jest niezwykła.

Ogólnie, Fogo to jak dotąd jeden z większych highlight’ów wyjazdu, będąc na Cabo po prostu trzeba tam pojechać. Spędzamy na wyspie jeszcze całą noc, a następnego rana, o świcie, wyruszamy z lekkim żalem w kierunku pobliskiej Bravy.
BRAVA
Z Fogo na Bravę jest zaledwie około 11 mil morskich, niemniej nie bez przyczyny w locji piszą, że to bardzo niebezpieczny przesmyk. Mimo wiatru w rufę wyraźnie odczuwamy dużą, około 3-metrową falę. Na szczęście wiatr który wzmaga się w tym przesmyku do 30 węzłów sprawia, że dystans pokonujemy w niecałe półtorej godziny i jeszcze przed 10 bezpiecznie cumujemy w zatoce Furna.
Zatoka niewielka, ciekawa – osłonę od fali jachty mają tu dopiero w samej zatoce, około 150metrów od brzegu. I z fali 3-metrowej robi się nagle płaska woda. Na brzegu piaszczysta (czarny piasek) plaża i niewielka wioska. Miejsce bardzo kameralne i klimatyczne.
Brava ogółem uchodzi za najbardziej „zieloną” spośród wszystkich wysp archipelagu. Jest to też bardzo mało wyspa – postanawiamy więc wyłamać się z tradycji zwiedzania wysp aluguerami i tym razem po prostu zrobić sobie mały spacer. Za cel obieramy stolicę wyspy, położone nieco wyżej miasto Nova Sintra. Droga jest malownicza, ale dość męcząca. Do wyboru trasa łatwiejsza (asfaltem) albo ostrzejsza i krótsza (starą drogą brukowo-gruntową). Dochodzimy do Novej Sintry w około 40 minut i już wiemy, że opinie o wyspie były trafne – tu naprawdę jest zielono! W samym mieście dużo kwiatów, ciekawe i zadbane alejki, bardzo dużo pięknych starych kamienic. Ogółem – bezdyskusyjnie to jedno z najładniejszych miasteczek na archipelagu.
Wieczór na Bravie spędzamy już z powrotem w Furnie – to sobota wielkanocna, więc na brzeg wychodzą miejscowi ze swoimi wypiekami, gra muzyka, ogólnie dzieje się. Niestety nie możemy zostać za długo – czeka nas najtrudniejszy i najdłuższy przelot z powrotem na północ, około 23 wypływamy więc z powrotem na morze.
SAO ANTAO

Do przepłynięcia mieliśmy prawie 150 mil morskich, w teorii bajdewindem, w praktyce przy odwracającym się na północny wietrze – kursem najostrzejszym jak się da, co i tak nie uchroniło nas przed halsowaniem. Katamaran pod wiatr i fale dobrze nie idzie, na domiar złego mieliśmy awarię najpierw jednego silnika, potem kilka pomniejszych awarii i do celu dopłynęliśmy po ponad 30 godzinach.
Za cel na Sao Antao ustawiliśmy nie stolicę (Porto Novo), ale zatokę… Tarrafal (wszystko tam tak się nazywa) na południowym zachodzie wyspy. Śmiało można powiedzieć, że to był strzał w dziesiątkę. Miejsce obłędne, przepiękne, z piaszczystą plażą, urokliwą i 100% autentyczną wioską na brzegu ale przede wszystkim – było to pierwsze miejsce podczas całego rejsu totalnie osłonięte od wiatru. Do tej pory wszędzie, nawet w zawietrznych zatokach mocno wiało, w zatoce Tarrafal – cisza. A co za tym idzie, od razu zrobiło się przyjemnie cieplej, przyjemniejsze były kąpiele itd. Zostawiliśmy jacht zakotwiczony na dwóch kotwicach (rzuconych w przeciwnych kierunkach) i wybraliśmy się na spacer po okolicy. Sao Antao jest jedną z ładniejszych wysp, jest tu całkiem sporo zieleni, autentyczne „murzyńskie” wioski, cisza i spokój. Co prawda z Tarrafal bardzo ciężko się dostać na tour objazdowy po wyspie (daleko, zła droga i drogo), ale okolica to wynagradza. W locji wspominają o Europejczykach, którzy mają tam „restaurację” – sprawdziliśmy i rzeczywiście – dookoła murzyńskie chaty, a trochę na uboczu, przy samej plaży znaleźliśmy bardzo przyjemny hotel/knajpę prowadzony przez parę Francuzów. Zjedliśmy tam pyszny obiad (menu bufetowe z napojami), pokonwersowaliśmy z przemiłymi właścicielami, a wieczór zakończyliśmy wspólnym ogniskiem na plaży.

Wszystkim odwiedzającym Sao Antao z czystym sumieniem możemy polecić akurat to miejsce – enklawę spokoju – tym bardziej, że Porto Novo jest przemysłowe i zwyczajnie brzydkie.
Ostatni dzień to powrót do Mindelo – niestety centralnie pod falę i wiatr, ale trochę przemęczyć się od czasu do czasu można.
PODSUMOWANIE
Wyspy Zielonego Przylądka na pewno spełniły nasze oczekiwania. Choć to ciężki akwen do żeglugi (duża fala i silny wiatr), to miejsce jest wspaniałe, oderwane od świata i cywilizacji. Pytanie tylko, jak długo taki stan rzeczy się utrzyma – w każdym bądź razie planując tam wizytę, warto się pośpieszyć. Pływając tam poczujecie się trochę jak odkrywcy, będziecie często jedynymi turystami w promieniu wielu kilometrów. Napotkana ludność jest przyjazna i nie tak natarczywa jak np na Karaibach. Niemniej i tak na pewno spotkacie się z dylematem ile dać zarobić miejscowemu, który oferuje pilnowanie Waszego pontonu. Teoretycznie daje się „co łaska” i przez to ciężko wyczuć ile jest w porządku, a ile za mało. Na pewno warto robić transakcje wiązane na zasadzie „popilnuj nam pontonu, a kupimy od Ciebie rybę”. Tym bardziej że ryby są obłędne i bardzo tanie (polecamy szczególnie tuńczyki). Kolejną rzeczą, o której trzeba pamiętać jest woda. To jeden z najcenniejszych surowców na wyspach, woda praktycznie wszędzie jest reglamentowana. Upewnijcie się, że wypływając z Mindelo macie pełne zbiorniki, potem uzupełnić można w kilku miejscach (my uzupełnialiśmy w Tarrafal na Santiago i to wystarczyło) – najczęściej dogadując się z miejscowymi – przypływają oni zwykłymi pychówkami z wielkimi beczkami, z których nalewają wodę do jachtu. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo – wszędzie gdzie byliśmy było bezpiecznie. Nikt nam niczego nie ukradł, chociaż pilnowaliśmy, żeby jacht zawsze zamykać, a jeśli zostawialiśmy ponton na plaży, zawsze z miejscowym, który dostawał trochę grosza za jego pilnowanie.Z realizowanej przez nas trasy polecamy praktycznie wszystkie porty. My zrobiliśmy tą trasę w 10 dni, optymalnie byłoby mieć 2 pełne tygodnie.
Tym sposobem dotarliśmy do końca zarówno naszej wyprawy, jak i serii poradnika żeglarskiego związanego z Wyspami Zielonego Przylądka.
Przeczytaj część pierwszą i drugą.
Skomentuj TheBoatTrip Anuluj pisanie odpowiedzi